W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Zamknij
PL EN

Gronostaj ze swoją panią

   Z jasnego nieba spłynęła czarna smuga. Dotknęła horyzontu i płynęła dalej. Zakryła wzgórze, drzewa oliwne na zboczu, łąkę, stogi siana, cyprysy przy drodze i kwiaty w ogrodzie Cecylii. Nic nie mogło jej zatrzymać. Ani nasycić. Wcześniej zdążyła połknąć pas błękitu z wiszącą nisko nad ziemią pojedynczą gwiazdą.

   Za pierwszą smugą pojawiły się następne. Kolejne fragmenty nieba znikały jeden za drugim.

   Po niebie przyszła kolej na resztę naszego świata. Czarna maź pokrywała wszystko bez trudu – przestrzeń, powietrze, skały, drzewa. Na końcu zniknęły gałązki dzikiej róży, wystające ponad parapet okna.

   Wierciłem się w ramionach Cecylii, wyrwałem się jej i wskoczyłem na oparcie krzesła, ale szybko mnie stamtąd ściągnęła i przytrzymała w ramionach inaczej niż zwykle, mocniej. Serce biło jej prawie tak szybko jak mi.

   – Nie wierć się – powtarzała. – Ciii, spokojnie, siedź spokojnie...

   Mam siedzieć spokojnie? Gdy w środku dnia nagle zapada ciemność? Chciałem uciekać, ale już nie było dokąd. Czerń otaczała nas ze wszystkich stron. Przywarłem do swojej pani. A ona powiedziała głucho, ze zdziwieniem: Zamalowują nas!

   Myliła się. Nas jednych zostawili. Ale nasze niebo, wzgórza, zagajniki i ogród zasłoniła czarna warstwa, na której było namalowane Nic.

 

   * * *

 

   Nie chciałem uwierzyć, że wszystko zniknęło. Gdzie się podziały chaszcze, w których buszowałem? Łąki? Drzewa? Dziuple na drzewach? Są tam, muszą tam być, pod warstwą niczego. Tylko jak się do nich dostać? Myszkowałem przy parapecie, za którym rozpościerał się wcześniej znajomy krajobraz, wtykałem nos w każdy róg. Nic. Żadnej szczeliny, żadnego śladu.

   Drapałem nic pazurkami. Było twarde i gładkie. Czarne jak ziemia, ale nie można było zrobić w nim tunelu. Ciemne jak dziupla, ale nie można było się wcisnąć do środka. Nic do niczego nie służyło. Było do niczego.

   Kręciłem się po komnacie i czekałem, aż nic wreszcie minie, jak noc.

   Ale nie mijało. Jakby od zawsze tu było. Jakby nigdy nie było widoku za oknem.

   Nie wiem, kiedy przestałem czekać, aż nic zniknie tak, jak się pojawiło, ale mijały lata i w końcu przyzwyczaiłem się, że nic tam nie ma. Nie myślałem już o łąkach po drugiej stronie. Zapomniałem znajomej linii wzgórz, zarysu gałęzi drzew i zapachu, który kiedyś napływał do naszej komnaty – zapachu świeżo skoszonego siana.

   Warstwa niczego niczym nie pachniała. Przestałem ją zauważać. Do dnia, kiedy pojawiło się na niej malutkie pęknięcie.

   Dostrzegłem je, gdy leżałem zwinięty w kłębek na kolanach Cecylii. Cieniutką rysę w czarnej ścianie, przez którą wydawało się sączyć szare światło. Przyjrzałem się jej później, od niechcenia. Drapnąłem, z ciekawości. Rysa w ścianie zrobiła się jakby dłuższa. Drapałem dalej, dla zabawy. A potem podważyłem ją pazurkiem i poczułem słaby podmuch. Zapach stęchłego siana i zbutwiałych liści.

 

   * * *

 

   Nikt nie robi dziur i podkopów lepiej niż ja – to nie przechwałki, jestem gronostajem. Warstwa zakrzepłej czarnej mazi była twarda jak drewno, ale szybko wyczułem, gdzie trzeba wcisnąć pazur, żeby rysa się powiększyła. Drapałem wytrwale i udało się! Przecisnąłem się na drugą stronę i zleciałem prosto na stertę zeschłych liści. Otrząsnąłem się, skoczyłem na łapy i zamarłem.

   Byłem u siebie. Ale w pierwszej chwili nie poznałem tego miejsca.

   Wszystko było szare. Szarobure niebo, ziemia zasłana szarymi liśćmi, nawet drzewa, zupełnie nagie, wyglądały jak zakurzone.

   Od kiedy widok z naszej komnaty zamalowano na czarno, w świecie po drugiej stronie zapanowała wieczna jesień. Krajobraz zastygł, wszystko pokrył kurz.

   A jednocześnie było to po prostu najpiękniejsze miejsce na ziemi.

   Gdzie nie spojrzałem, widziałem swoje minione, zapomniane radości. Zagajnik, w którym buszowałem, konary drzew, po których uganiałem się całymi nocami, chaszcze dzikiej róży, dziuple w starych pniach, piaszczysty brzeg rzeki, łąki ze stogami siana! Zanurkowałem w liście z dzikim piskiem.

   Nie wiem, ile trwała ta szaleńcza eskapada, ale gdy już przebiegłem wszystkie znajome trasy, zajrzałem do każdej dziupli, przepłynąłem rzeczkę, rozsypałem siano na łąkach, obwąchałem każdy pieniek i zgłodniałem, przypomniałem sobie o mojej pani. Muszę ją tu przyprowadzić! Pokazać jej szczelinę w czarnej ścianie! Pędziłem przez całą drogę powrotną, kierując się w stronę czarnego kwadratu – naszego dawnego okna, w którym lśniło cieniutkie pęknięcie.

 

   * * *

 

   Cecylia drgnęła, gdy wskoczyłem na oparcie nad jej głową. I nawet krzyknęła na mój widok. A potem nie wzięła mnie na ręce, tylko zerwała się z krzesła!

   Przestraszyłem się jej reakcją. Przecież to ja, jej Ermellino! Dlaczego Cecylia się ode mnie odsuwa? Przycupnąłem na oparciu i bałem się poruszyć.

   I po chwili w jej oczach pojawiło się znajome spojrzenie. Moja pani odetchnęła, podeszła i wzięła mnie na ręce. Ale zamiast mnie pogłaskać i usiąść z powrotem na swoim miejscu, obróciła się na pięcie i ruszyła szybko przed siebie.

   Na zmianę szła i biegła długim korytarzem, od czasu do czasu skręcając w bok i przechodząc przez jakiś obraz, żeby wyjść na korytarz innego muzeum. (Bo wszystkie muzea świata, tak jak wszystkie biblioteki, są ze sobą połączone).

   Musiała przejść przez wiele sal, wiele muzeów i wiele obrazów, zanim znalazła to, czego szukała: balię, mydło, kobiety piorące odzież.

   Zrozumiałem, że tego właśnie szukała, gdy zatrzymała się przed takim jednym obrazem jak wryta. Odetchnęła z ulgą, przyglądając się dosyć obskurnemu wnętrzu. Ściany były okopcone sadzą, w wielkim kominku buzował ogień, błyszczały srebrne, mosiężne i blaszane rondle i misy. Z ogromnej balii, pełnej brudnej pościeli, wychlapywały się mydliny, a zgrzane, zmęczone kobiety uwijały się z kolejną porcją prania. Chyba jeszcze nikt nie patrzył na tę scenę tak roziskrzonym wzrokiem, jak teraz Cecylia.

   Stała i patrzyła. Zwykle wchodziła do obrazów bez wahania – ale tym razem zrobiła to po dłuższej chwili, jakby musiała zebrać się na odwagę.

   Pfff, jak tam było gorąco! I parno! Nie byłoby czym oddychać, gdyby nie uchylone drzwi na małe, ciemne podwórze, na którym rozwieszono sznury na pranie. Chłodniejszy podmuch wpadał do środka i targał płomieniami w wielkim kominku.

   – A nie mówiłam, że chyba ktoś tu do nas zawita? – odezwała się jedna z piorących kobiet, nie podnosząc głowy znad balii. Moja pani milczała, przyciskając mnie do siebie. Praczka przyjrzała się nam zmrużonymi oczami, ocierając czoło wilgotnym od mydlin przedramieniem. – Właśnie mówiłam, że coś za długo się nam przygląda ta młoda dama ze szczurem.

   Ze szczurem?

   Dopiero wtedy spojrzałem na swoje wąsiki, łapy, a potem na swój ogon. Były zupełnie szare, zlepione od brudu, zupełnie jak u szczura. Przypomniałem sobie fontanny pyłu, jakie wzbijałem, skacząc wśród liści i jak kichałem, nurkując w głąb starych dziupli w spróchniałych drzewach. Moje futro było oblepione kurzem i próchnem. Ani jeden włos w mojej sierści nie był biały!

   Zza kotary, zasłaniającej drzwi, wychyliła się staruszka, zza jej łokcia wyjrzała dziewczynka. Praczki przyglądały się nam ukradkiem, nie przerywając pracy. Ale dziewczynka podeszła bliżej i nieśmiało pogłaskała mnie po ogonie. Spod jej ręki uniósł się obłoczek pyłu. Dziewczynka kichnęła. A potem Cecylia kichnęła. Te dwa kichnięcia przełamały lody.

   – Na zdrowie, na zdrowie – powiedziała życzliwie staruszka, wchodząc do izby i wskazując miejsce na ławie. Cecylia usiadła, a obok niej przycupnęła dziewczynka, nie przestając mnie głaskać i kichać. Na twarzach spracowanych kobiet pojawiły się ukradkowe uśmiechy.

   Moja pani, zawsze taka pewna siebie, przedstawiła się trochę nerwowo, zacinając się lekko przy własnym nazwisku. Ale w miarę jak mówiła – gdy przeszła od zamalowanego krajobrazu do mojego zniknięcia i mojego powrotu („Myślałam w pierwszej chwili, że to jakiś dziki kocur albo kuna!”) – jej głos brzmiał już naturalnie. A jej prośba spotkała się z życzliwym odbiorem.

   – To naprawdę nie szczurzysko? – zapytała z powątpiewaniem jedna z praczek – jeno gronostaj? Oj, a my tu myślały, że ze szczurem pani przyszła, różnych ludzi tu w muzeum widujemy!

   – Nawet takie tycie psy w torebkach noszą – dorzuciła inna z czymś w rodzaju dumy.

   – Ale szybko przechodzą, szast prast nas mijają.

   – Spieszą się do Mony Lisy – powiedziała dziewczynka.

   – Lisa tu jest? – zapytała moja pani – A jej krajobraz... Wiecie może, czy z jej obrazem wszystko w porządku?

   – Krajobraz dziołcha ma jak malowanie – odparła jedna z praczek – Ale za to siedzi za taką grubą szybą, że na zewnątrz nic już nie widzi, bidulka.

   – I nie ma czasu nawet z krzesła wstać – dodała z przejęciem inna, a wszystkie kobiety pokiwały głowami z oburzeniem – Gapią się na nią bez przerwy!

   Moja pani dopytywała o Mona Lisę, dziewczynka drapała mnie za uszami i kichała, i nawet nie zauważyłem, jak i kiedy pojawiła się blaszana miska pełna ciepłej wody, bryła ciemnego mydła i ręczniki. Chlup – i nagle znalazłem się w misce, otoczony przygadującymi i cmokającymi kobietami. Moja pani trzymała mnie i przemawiała do mnie uspokajająco, a liczne ręce mydliły mnie, spłukiwały, mydliły, spłukiwały, aż wreszcie znalazłem się w ręczniku, z którego wystawał mi tylko czubek nosa. I w tym ręczniku, przesiąkniętym dymem i mydłem, Cecylia zaniosła mnie z powrotem do naszej komnaty.

   W samą porę. Właśnie pojawili się pierwsi goście, żeby zobaczyć Damę z łasiczką. Mało brakowało, a ujrzeliby pusty czarny kwadrat albo Cecylię, szukającą mnie po całej komnacie. Lub Damę ze szczurem. Na szczęście zdążyliśmy. I musiałem poczekać do zamknięcia muzeum, żeby pokazać mojej pani drogę na drugą stronę.

 

   * * *

 

   Cecylia długo przyglądała się szczelinie, przez którą się prześlizgnąłem. Patrzyłem, jak przykłada oko do szparki i zastyga, wpatrzona w znajomy krajobraz. Słyszałem, jak spowalnia jej oddech. I jak głęboko westchnęła, gdy w końcu się odwróciła. Ale nigdy nie zrozumiem tego, co zrobiła potem.

   Krzątała się po komnacie, wysuwając szuflady i oglądając pod światło różne kawałki materiału. Majstrowała przy obiciu fotela, z którego, po długich próbach, udało jej się wyciągnąć kilka tapicerskich gwoździ. Zrozumiałem, że szykuje się do wyprawy na drugą stronę i śmigałem po komnacie, drżąc z niecierpliwości. Pójdziemy tam razem, jak dawniej! Może nawet dalej niż kiedykolwiek! Wreszcie zobaczymy, co jest za wzgórzami na horyzoncie! Może tam nie sięgnął cień czarnego nieba? I wieczna jesień wcale nie jest wieczna? Dotrzemy do zielonych drzew!

   Ale Cecylia nie szykowała się do wyprawy. Wzięła pasek czarnej, mocnej tkaniny i zamocowała materiał tak, żeby zasłonił szczelinę, wbijając gwoździe obcasem trzewiczka. Gdy skończyła, poszukała mnie wzrokiem, ale zaraz potem opuściła oczy.

   – Zrozum – odezwała się po długiej ciszy, która wydawała się ciągnąć bez końca. Powietrze w komnacie zrobiło się nagle twarde, jakby pociągnięte werniksem. Czy można pomalować powietrze werniksem? Coś takiego się wtedy stało. W tej dziwnej, nieruchomej ciszy moja pani siedziała na krześle, a ja leżałem zwinięty w kłębek na dywaniku u jej stóp, zamiast wskoczyć na jej kolana, jak zawsze.

   – Zrozum, tam nie można już chodzić – powiedziała – To miejsce jest zamalowane, rozumiesz? Zapomnij o nim.

   Jakby to było możliwe.

   Nawet nie uniosłem łba, wtulonego w bok. Leżałem z przymkniętymi oczami. Moja sierść nadal pachniała dymem i mydłem z zaparowanej, okopconej kuchni wiele obrazów stąd. Ale w nozdrzach wciąż miałem zapach zbutwiałych liści.

   Znajdę inną szczelinę. Teraz już wiem, że to możliwe. Wiem, czego szukać. Malutkiego pęknięcia, które da się podważyć pazurkiem.

   I może wtedy nie wrócę.

   Przez sen poczułem, jak delikatne ręce mojej pani podnoszą mnie z dywanika i kładą na swoich kolanach. A potem jej ciepła dłoń zaczęła głaskać mnie po grzbiecie.

 

   Czy będziesz mnie wypatrywać przez pęknięcia w warstwie czarnej farby, gdy znowu ucieknę?

   Może zobaczysz, jak buszuję wśród liści, biegam po gałęziach drzew, jak kopię sobie norkę na brzegu rzeki. Może zrozumiesz.

   Zawołasz mnie z powrotem? Zabijesz kolejną szczelinę, jaką znajdę?

   Pozwolisz mi odejść? Pozwolisz mi wrócić?

   Pójdziesz ze mną? Będę na to czekać.



Na papierze:

„Dziewczynka z lizakami” (Grażka Lange, Warszawa, Tako, Warszawa 2015), „Pani od fizyki” (Korespondencja z ojcem 20/2011), „Bajka o entropii” (Korespondencja z ojcem 15/2009), „Samoloty” (Korespondencja z ojcem 12/2008), „Misja”, „Reinkarnacja”, „Mały Stwórca” (Korespondencja z ojcem 11/2008), „Generał” (Pomosty 9, 2004)

Gronostaj ze swoją panią