W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Zamknij
PL EN

Nielegalni imigranci

   Syrena

 

   Tyle lat czekałam na wizę. Zdążyłam nauczyć się wszystkich języków włącznie z esperanto. Wydałam wszystkie oszczędności na operacje plastyczne. Trzeba było wyglądać zgodnie z atlasem anatomii dominującego gatunku. Nie ma co płakać nad zdrapaną łuską, wiadomo, co robią z tymi, u których zobaczą jakieś kopyta, płetwy lub skrzydła. Zakwalifikowałam się do grupy przerzutowej. Przeszłam kolejne etapy kasowania pamięci. Ile to trwało! No i ile kosztowało – tak z grubsza, równowartość wszystkiego, co w ogóle przeżyłam. Trochę tego było. Wreszcie dotarłam do celu. Udało się – wtopiłam się w otoczenie. W sztuce wtapiania się nikt nie pobije nielegalnych imigrantek.

   Ale i tak mogło się to udać tylko najwytrwalszym. Większość utknęła gdzieś po drodze, pewnie podczas jakiejś kontroli celnej. Nie można było tu wnosić żadnego kawałka dawnej siebie – nawet w tych paru przeszmuglowanych neuronach, zamykanych na unikatowy kod DNA. To sztuka, rozpocząć nowe życie. Chciałabym je wreszcie rozpocząć... Ale gdy tylko zaczynam wierzyć, że zostawiłam przeszłość za sobą, rozlega się ta przeklęta syrena na apel.

   Lecę w dół szybem windy na podziemny parking, trafiam do hipermarketu w środku lasu, znowu lecę w dół – na dno morza do banku, w górę wyciągiem narciarskim na wysypisko śmieci, znów w dół do tunelu metra chyba gdzieś w Azji, sądząc po napisach, stamtąd do salonu fryzjerskiego na rozhuśtanej krze, potem na lotnisko na lodowcu, stamtąd jeszcze gdzieś, i jeszcze gdzieś, i znów gdzieś na kilka sekund, aż miejsca zlewają mi się w jedno i nie rejestruję następnych. Wiem, dokąd mnie wywożą, zawsze rozpoznam docelową stację. Gdy już przejdę kolejne bramki i wymiary, trafiam znów na ten sam betonowy, zatłoczony stadion, ukryty na dnie jednego z księżycowych mórz.

   Rutynowo liczą mi wszystkie włosy, oddechy i dni, sprawdzają stan umysłu i źrenic. Po czym pokazują zdjęcie okrągłej sadzawki, w której tkwi samotny plastikowy łabędź.

   – Kto pochodzi z tej planetoidy? – Rozlega się z megafonów – Dlaczego łabędź tam został? Czy wy nigdy nie nauczycie się zasady numer jeden: nie pozostawiać żadnych śladów? Wasza fascynacja ludzkością ściągnie nam na ogon NASA, CIA i Discovery Channel! Co jest z wami, do cholery! Spieszy wam się do ZOO? Ta podróbka przedmieścia Los Angeles w galaktyce K800010746 nie ujdzie przecież ich uwagi! Która bezmyślna idiotka nie posprzątała po sobie?

   Łabędź kołysze się na telebimach nad naszymi sennymi głowami. Jest zimno, gdzieś po drodze zarekwirowano nam piżamy – a z nimi klucze, telefony, racje żywnościowe, dokumenty i przeróżne alibi, pochowane po szwach i kieszeniach. Do bosych stóp przykleiły nam się liście i strzępy gazet. Wszyscy nanoszą tu śmieci z miejsc, które mijają po drodze. Po betonie walają się foliówki, rybie łuski i anielskie włosy. Odzywają się stare blizny pooperacyjne. Tak naprawdę całe jesteśmy w bliznach. Pamiętamy rzeczy, których nie miałyśmy już pamiętać. Okazuje się, że prawie każda z nas miała takiego łabędzia – w galaktyce K800010746 był w prawie każdym ogródku w ziemskim stylu – a co poniektóre nawet flamingi (nie było mnie stać na flaminga, to też sobie przypomniałam). Teraz musimy przedłożyć odpowiednie zaświadczenia z zakładu utylizacji mebli ogrodowych. Powinnyśmy mieć je zaczipowane w nadgarstku...

   Potykamy się ze zmęczenia, gdy wracamy z powrotem do naszych łóżek, mężów, adresów i nazwisk, by na nowo zbudować z nich pewność, że to wszystko nie wydarzyło się naprawdę. „Przecież ja jestem stąd. To musiało być jakieś nieporozumienie” – powtarzam sobie przed zaśnięciem, wsuwając do kieszeni piżamy stare zdjęcie (to z mamą, tatą i trzykołowym rowerkiem).

   Tylko że rano nie mogę się na nim rozpoznać – jest całe wymięte, a na odwrocie ma plątaninę podpisów i pieczątek z kolejnych depozytów i kontroli celnych. A w osiedlowym punkcie foto dziwnie patrzą, gdy znowu odbieram trzysta odbitek.

 

   Anioł

 

   Ile lat czekałem na wizę? Moi drodzy, nie widzieliście tylu zer w jednej liczbie. Zdążyłem dorobić się siwych włosów na skroniach. (Rozgarnia popielate włosy nad uszami. Rzeczywiście, lekko posiwiał). Nie, języków nie musiałem się uczyć, naturalnie władamy wszystkimi językami, to raczej z miłością miewamy problemy... Operacje plastyczne? Jasne, że musiałem mieć. Trzeba było wyglądać po ludzku. Przeszedłem też rutynowe kasowanie pamięci, ale bądźmy szczerzy, nie było zbyt dużo do kasowania. A więc po co, właściwie? To konieczne – patrzy na nas ze zdziwieniem – Żeby w sytuacjach podbramkowych, stresowych, no... spontanicznych, nie sięgnąć nagle do starego repertuaru odruchów. Jakich? – uśmiecha się z ironią, która dziwnie nie pasuje do jego łagodnych rysów – Wiadomo jakich: latanie, śpiewanie, świecenie nieziemskim blaskiem... A tak na serio? – zamyśla się – Przeszkadzałaby tu wszechwiedza, znajomość przyszłości, to, co nazywacie lataniem, ale to raczej nie podleganie prawom fizyki, a, i zdolność poruszania rzeczy myślą, tego też już nie mogę. Muszę wstać z krzesła i sobie przynieść! – rozpromienia się (chociaż nie nieziemskim blaskiem). Od kiedy tu jestem, nigdy się nie nudzę! Tu jest tyle do roboty! Chodzenie, jedzenie, mówienie, patrzenie, spanie, mycie, ubieranie się, otwieranie sobie drzwi – z lubością wylicza na palcach. – Każda czynność osobno, niebywałe, aż czuję, jak mi komórki buzują! Gdy robisz wszystko myślą, to nie to samo... – kręci głową z niechęcią.

   Cóż, musimy mu uwierzyć na słowo.

   Najlepsze na Ziemi? Ptaki, drzewa, kino, seriale... Ulubiony serial? Top Gear!

   Mówimy, że to nie serial. Nie? – jest szczerze zaskoczony. Jeszcze dużo muszę się nauczyć – mówi przepraszająco.

   A kobiety?

   Nie rozumie pytania.

   Mężczyźni?

   Nadal nie rozumie pytania. Wreszcie załapuje: Ach, nie – mówi z ulgą, że zgadł, o co pytamy – Nie, ludzie nas nie kręcą. Za duża różnica gatunkowa, czy ja wiem?

   – Śniło ci się kiedyś, że jesteś na apelu?

   Od razu wie, o czym mówię.

   – Nie, nigdy nie wzywano mnie przed komisję imigrancką.

   Zastanawia się nad czymś.

   – Ale śni mi się, że latam – mówi miękko. I znów ten ironiczny uśmieszek. – To może kiedyś mnie wezwą?

 

   Satyr

 

   Ile lat czekałem na wizę? W ogóle nie czekałem! W łapę dałem! Ile? Nie ile, tylko co! – mruga porozumiewawczo, błyskając zębami spomiędzy wypomadowanych wąsów i brody.

   Wolimy nie drążyć tematu. Satyr rozpiera się na ławce, zadowolony z siebie.

   Operacje plastyczne? Musowo! Rogi, uszy, ogon, kopyta, stawy kolanowe – wylicza – no i laserowa depilacja wszystkich odsłoniętych części ciała.

   Chyba musieliśmy się przesłyszeć.

   Depilacja czego? – upewniamy się słabym głosem. Patrzymy na krzaczaste brwi, wąsy, bujną brodę i włosy, które opadają daleko poza oparcie ławki.

   A, to? – macha lekceważąco ręką – To jest nic. To jest już po depilacji – przygląda się ze smutkiem swoim owłosionym dłoniom. Taki byłem przed – wzdycha, rozpinając rozporek. Zanim zdążymy jakoś zareagować, zsuwa spodnie poniżej kolan i staje przed nami w slipkach. Całe uda pokrywa mu gęsta, kręcąca się, rudobrązowa sierść.

   Starsze panie, które wygrzewały się w słońcu dwie ławki dalej, zbierają się w pośpiechu i umykają ze skwerku. Dzieci, ganiające się dotąd wokół nieczynnej fontanny, przestają się ganiać i wlepiają w niego oczy.

   OK, już ci wierzymy, a teraz się ubierz, zanim ktoś wezwie straż miejską.

   Leniwie podciąga spodnie, zapina rozporek, siada. Jeśli wierzyć mowie ciała, sprawia wrażenie człowieka, który jest szczęśliwszy bez spodni.

   Najlepsze na Ziemi?

   Mięso – odpowiada bez wahania.

   (Byliśmy pewni, że wymieni coś innego. Cóż, stereotypy, stereotypy).

   Mięso? Serio? – pyta R., zaskoczony. „Co jest takiego w mięsie?” – mamroczę pod nosem. Dosłyszał. Patrzy na mnie kpiąco.

   Smak.

   Na serio przyjechałeś tu dla mięsa? – R. drąży dalej.

   Spróbuj przez całe życie jeść owoce i warzywa, złotko – odcina się satyr.

   Koźlinę też jesz? – R. nie daje za wygraną.

   Przeholował. Nasz rozmówca przechodzi metamorfozę. Przekrwione oczy, wykrzywione wargi, pociemniała twarz, nawet włosy – a ma ich mnóstwo – wydają się wstawać, najeżać.

   – Za kogo ty mnie masz, ty... – prawie zachłystuje się z oburzenia – Żeby mnie człowiek uczył moralności!

   Nie daje się przeprosić. Nie pozwoli się pouczać. Kim my jesteśmy, żeby go oceniać. Satyry nie miały obozów koncentracyjnych. Satyry nie miały gułagów. Satyry nie kolonizowały innych lądów, eksterminując inne stada satyrów. Satyry nie miały wojen światowych, ani jednej. Satyry nie miały holokaustu ani innego ludobójstwa, nie ma nawet takiego słowa jak „satyrobójstwo”. Żaden satyr nie skonstruował bomby atomowej. U nich nie było Hiroszimy i Nagasaki. Żaden satyr nie wysadził się w powietrze w tłumie innych satyrów. U nich nie ma zamachów terrorystycznych. Satyry nie miały inkwizycji. Żaden satyr nie spalił drugiego na stosie. Zwiewamy ze skwerku, kuląc głowy w ramiona; satyr mówi dalej, lista naszych przewinień jest długa. Oddalamy się, udając, że nie mamy nic wspólnego z tym panem na ławce.

   – Uff, chyba już skończył.

   – Wiesz, to był chyba mój ostatni wywiad...

   – Przesadzasz.

   – Nie, mam dość. Serio, ale po nas pojechał...

   – Przyjacielska rada: nie bierz na siebie wszystkich win świata, to bez sensu.

   – Teraz rozumiem, dlaczego był taki zadowolony przez cały czas. To się nazywa poczucie wyższości – patrz i ucz się, ha ha. Tylko nie przesadź, bo też zaczniesz robić striptiz na skwerkach. Przecież on o mało co gatek nie zdjął, żeby nam pokazać... Chociaż w sumie czego się było spodziewać po satyrze...

   – Właśnie.

   – Właśnie. Chyba jednak nie mięsa.

   – No tak, dziwny był trochę. Ale do harpii pójdziemy?

   Kręcę przecząco głową.

   – Nie zgodziła się.

   – No co ty! Przecież nas zaprosiła!

   – „Przyjdźcie do mnie na herbatę, jeśli jesteście bezgrzeszni” – cytuję z sarkazmem – Ty to nazywasz zaproszeniem?

   – A ty nie?

   – Nie.

   – Nie? – R. szturcha mnie w bok – Co tam? Zabiłaś kogoś? No mi możesz powiedzieć.

   – Boże! Jaki ty jesteś dziecinny czasami! Żaden człowiek nie może przyjąć takiego zaproszenia.

   – Nie rozumiem dlaczego – upiera się R.

   Patrzę na niego podejrzliwie.

   – Hmm, a może ty też nie jesteś...? No mi możesz powiedzieć.

   – Te wywiady ci chyba rzeczywiście szkodzą – odcina się R. – Umówmy się: jak zaczniesz wszędzie widzieć obcych, to znak, że trzeba dać sobie spokój.

   – Tylko że ja wolę obcych – ripostuję. To wśród ludzi czuję się nieswojo.

   Zdążyliśmy ochłonąć. Przystajemy, oglądamy się. W oddali widać ławkę, pustą. Satyr poszedł na schabowego.

 

   Demon

 

   Rozpłynął się w powietrzu, gdy tylko się zorientował, o co naprawdę chcę go zapytać.

   Przygotowałam sobie standardowy zestaw pytań – jak mu się u nas podoba i ile czekał na podróbkę wizy, w której figuruje jako elf (nie, to chyba nie podróbka, raczej ukradziona) – ale i tak nie potrafiłam nie myśleć o lustrze. Wiedziałam, że nie będzie chciał o nim rozmawiać. Oczywiście że nie chciał, nie dał mi nawet zadać pytania. O ich największe dzieło – lustro, które odbijało rzeczywistość, dokładnie co do najdrobniejszego detalu, tylko że na wspak, lustro, które upuścili i rozbili. Prawdziwy pech! Wypuścić z rąk najnowszy wynalazek podczas finałowej prezentacji! Do dziś krążą o tym legendy, nawet do nas dotarły jakieś zniekształcone echa. Lustro było niewątpliwie cudem techniki; pracowano nad nim bardzo długo w podziemnej Dolinie Krzemowej. Pod pozorem rejestrowania tworzyło drugą rzeczywistość, zamrażało wszystko, co tylko się w nim odbiło i zamieniało ludzi w rzeczy. Drobinka w oku i od razu zostawałeś nosicielem.

   Właśnie, drobinki. Jeszcze gorsze niż Google Glass, bo te przynajmniej można zdjąć. Oryginalny odłamek dostawał się do oka i wchodził do krwioobiegu.

   Zachowała się historia Kaja, ale przecież poszkodowanych było dużo więcej. Tylko że żaden z nich nie miał swojej Gerdy.

   Oczywiście bajki kłamią. Ściśle mówiąc, szyfrują prawdę. To nie Kaj był tym wyjątkiem, któremu okruch wpadł do oka. To Gerda była wyjątkiem, jej jednej nie wpadł. Nadal patrzyła na świat bez filtra iluzorycznej wszechwiedzy, odróżniała ludzi od ich odbić w lustrze, nie miała podsuwanych gotowych reakcji, wyznaczonych przez odpowiedni algorytm, i była zdolna do empatii. Pozostali byli właściwie zdalnie sterowani.

   Twórcy lustra złamali wszystkie konwencje, zasady i umowy. Ludźmi można manipulować – tak, to jest dozwolone demonom – ale nie wolno im wszczepiać żadnych urządzeń. Sposób, w jaki odłamek dopasowywał się do oka nosiciela, sugerował, że ta funkcja była od początku częścią projektu.

   Interweniowała góra. Kazano im pozbierać wszystkie odłamki i wrócić do tradycyjnych metod manipulacji. Oficjalna wersja brzmi, że je pozbierali. Oszukiwali, jak zwykle. Świat jest pełen okruchów lustra. Było kwestią czasu, zanim znów złożą się w jedną całość i powstanie z nich świat wirtualny.

   Za dużo zostawili, żeby to był wypadek przy pracy. 

   Chciałam go zapytać, czy rozbili je celowo.

   Gdy tylko siada naprzeciwko, wie, że przyszłam go wypytać o Akcję Lustro, a nie o to, ile lat czekał na podróbkę wizy. Tego się nie spodziewał, sądząc po wyrazie twarzy – uśmiech znika, gdy przygląda mi się z niedowierzaniem. Oszukuje, jak zwykle. Czytanie w myślach jest nielegalne. Co za bezczelny typ. Tchórz i asekurant. Niestety myślę to wszystko, zanim zdołam się powstrzymać.

   Równie dobrze mogłabym powiedzieć to na głos.

   Mści się natychmiast:

   – Muszę panią rozczarować, nabrałem panią. To pani nie wie, że diabły nie istnieją? Są tylko ludzie, droga pani, ludzie i ich iluzje...

   Na blacie stolika obok mojej filiżanki materializuje się banknot dziesięciozłotowy. Gdy odrywam od niego wzrok, chcąc powiedzieć, że dziękuję, ale zapłacę za swoją kawę, mój rozmówca już się ulotnił.

   A, do diabła z nim – myślę ze smutkiem, czekając na nocny tramwaj. Z R. by pewnie chętniej pogadał, R. kocha internet. No i nie wierzy w demony. Ale nie mógł się oderwać od Warcrafta. 

 



Na papierze:

„Dziewczynka z lizakami” (Grażka Lange, Warszawa, Tako, Warszawa 2015), „Pani od fizyki” (Korespondencja z ojcem 20/2011), „Bajka o entropii” (Korespondencja z ojcem 15/2009), „Samoloty” (Korespondencja z ojcem 12/2008), „Misja”, „Reinkarnacja”, „Mały Stwórca” (Korespondencja z ojcem 11/2008), „Generał” (Pomosty 9, 2004)

Nielegalni imigranci