W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Zamknij
PL EN

Podróże kulinarne

  Wspominając swój ostatni dzień na Ziemi, Katia widzi czyste niebo, plażowe parasole i ciągnącą się w nieskończoność błękitną linię wody. Zamyka oczy i przywołuje w pamięci każdy detal tamtego popołudnia – skwar, nawoływania mew, stłumione urywki rozmów w kilku różnych językach, nieregularny rytm plażowej koszykówki. Czasem udaje jej się znowu poczuć gładki, rozgrzany piasek, który przesiewała między palcami i odtworzyć wzór ścieżek, którymi powoli płynęły po jej plecach strużki potu. Leżała z przymkniętymi oczami, z policzkiem wtulonym w miękki ręcznik, wsłuchując się w szum fal uderzających o brzeg. Śniło jej się, że śpi z głową opartą o ogromną klatkę piersiową i słyszy powolny, głęboki wdech i wydech. Obudziły ją zaniepokojone glosy. Ludzie wstawali z leżaków, dzieci wychodziły z wody. Zapomniane materace i koła dmuchane odpływały coraz dalej w morze, ale nikt nie zwracał na nie uwagi. Wszyscy wpatrywali się w niebo, większość z komórkami w uniesionych dłoniach, ale nieliczni cofali się już w stronę wydm i wyjść na parkingi.

  Wszystko stało się bardzo szybko. Nad plażą zawisły przeźroczyste rury prowadzące donikąd. Dokładnie tak to wyglądało - jakby niebo oplotły kable lub przewody izolacyjne o średnicy tuneli metra. Niemal od razu zaczęła się z nich wydobywać lodowata para. Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, ale nieruchomieli już po kilkunastu metrach. Plażowe parasole pokryły się szronem, morze zaczęło zamarzać. To kolejny obraz, który został jej w pamięci: widok rozebranych, opalonych ludzi i mróz, który wwiercał się w kości. Nie czuła strachu; może dlatego, że nie potrafiła zrozumieć tego, co rozgrywało się przed jej oczami – to wszystko było nierzeczywiste jak hollywoodzka produkcja – ale tym bardziej nie mogła przestać patrzeć. Nie pamięta, czy w ogóle próbowała uciekać. Ostatni obraz pod powiekami: zamarznięta mewa, która spadła na piasek kilka metrów od niej.

 

* * *

 

  „Chyba zwariowałem, żeby tu przyjść” – pomyślał Naav i wychylił szklaneczkę, próbując spłukać niemiłe, ciążące w środku poczucie dyskomfortu, zanim zostanie dostrzeżone z zewnątrz i jeszcze bardziej utrudni mu wtopienie się w otoczenie. Nie musiał patrzeć na zegarek, żeby wiedzieć, że rozpoczęcie się opóźnia. Planował przemęczyć się przez początek, a kiedy już bankiet się rozkręci, wyłowić z tłumu Guula, naczelnego fotografika wydawnictwa Podróżnik, który – na ironię losu – był jego rodzonym bratem, i odciągnąć go gdzieś na bok na krótką rozmowę w cztery oczy. Nie wiedzieli się od lat – nie tylko dlatego, że ostatnia wyprawa ekipy wydawnictwa należała do najdalszych dotychczasowych. Guul, nawet gdy był na miejscu, i tak nie odbierał jego telefonów, co nie miało znaczenia, bo Naav i tak do niego nie dzwonił, lecz, chcąc nie chcąc, mieli do omówienia parę spraw – rodzice już o to zadbali. Naav i Guul zostali współwłaścicielami rodzinnego spadku, który Naav zamierzał wreszcie spieniężyć – przydadzą się pieniądze na pikiety i lobbing, żeby wreszcie zablokować kolejne ekspedycje Podróżnika – ale Guul, współpracujący z Podróżnikiem od lat, miał forsy jak lodu i unikał brata jak ognia. Tu jednak musiał się pojawić – w końcu była to galowa impreza jego własnej firmy i ostatnie miejsce, gdzie spodziewałby się na niego natknąć.

  „Byle zachować spokój” – pomyślał Naav – „I nie rzucać się zanadto w oczy”. To ostatnie raczej mu nie wychodziło: był już rozpoznawaną postacią, szczególnie wśród współpracowników własnego brata-zakały. Z tą różnicą, że to Naav był tu obsadzony w roli brata-zakały. Nie było sensu wtapiać się w tłum i promieniować entuzjazmem, którego nie potrafił z siebie wykrzesać – w przeciwieństwie do pozostałych gości, którzy przyszli fetować ukazanie się najnowszego tomu z cyklu „Podróże kulinarne”, będącego, jak szeptano, prawdziwą rewelacją. Naav naprawdę wolał by tego nie oglądać. Widział już dość, żeby nie chcieć gadać z Guulem do końca życia. Westchnął, rozglądając się po sali za znajomą postacią młodszego brata. Jeżeli miał się z nim rozmówić, a nie pobić, jak ostatnio, powinien raczej nie patrzeć ani na telebimy, ani na stoły.

  Stopniowo pogasły światła. Najpierw rozległy się dźwięki. Niezbyt głośne, ale przyciągające uwagę. Żadne ze znanych zwierząt nie wydawało takich okrzyków, śpiewów, stuków, gwizdów, plusków, treli... Zaintrygowani goście zaczęli wymieniać się uwagami. Jeżeli film miałby dorównać ścieżce dźwiękowej, a menu – filmowi, to faktycznie Podróżnik natrafił na prawdziwą perełkę.

  Film z nowoodkrytej planety wyświetlano jednocześnie na trzech telebimach. Pierwszym obrazom towarzyszyły urwane westchnienia i szepty, które prędko przerodziły się w coraz głośniejsze wyrazy zaskoczenia i zachwytu. Naav niemal czuł drżenie podłogi, gdy tłum falował, dając wyraz ogólnemu poruszeniu. Przenosząc wzrok z jednego ekranu na drugi, wyławiał z mroku twarze zebranych i na wszystkich widział te same emocje, które musiały malować się na jego twarzy, gdy patrzył na przedziwne, niebywale różnorodne stworzenia, których istnienia jeszcze do niedawna nikt nie podejrzewał. Bezwiednie zacisnął dłoń na szklance tak mocno, aż pękła, raniąc mu palce. Poczuł ból, ale nie oderwał oczu od ekranu. Nie chciał stracić ani sekundy projekcji. Nigdy dotąd nie widział niczego porównywalnego z tymi zdjęciami. Idąc na bankiet, obiecywał sobie na nic nie patrzeć; teraz wpatrywał się w telebimy, nie myśląc o tym, że ogląda coś, co już nie istnieje.

  Rozbłysły światła i na stoły wniesiono przeźroczyste naczynia, wypełnione lodem. W lodzie leżały nieruchomo różnokolorowe eksponaty. Prowadzący uroczystość po kolei omawiał zawartość każdego półmiska. To zaskakujące – stwierdził – że przy takiej różnorodności barw i kształtów smak wszystkich egzotycznych zwierząt jest zbliżony – różni się zaledwie delikatnymi niuansami. Tym ważniejsze jest – podkreślił – staranne opracowanie receptur, które wydobywają poszczególne odcienie smakowe i nadają potrawom charakteru.

  Demonstracja przygotowania przekąsek przypominała najbardziej wyrafinowane przedstawienie, w jakim tylko można było uczestniczyć w dzisiejszym zaganianym świecie. Nawet Naav, przyglądając się prezentacji z dezaprobatą, rozumiał niezwykłą atrakcyjność słynnych bankietów Podróżnika, gromadzących całą śmietankę towarzyską, a w każdym razie wszystkich co zamożniejszych mieszkańców planety. Wokół stołów krzątało się bezszelestnie kilku kucharzy. Każdy z nich miał sieć dobrze prosperujących restauracji i swój własny program w telewizji. Rzeczywiście, dokonywali właśnie cudów kulinarnego rzemiosła. Na przeźroczystych tackach układali wysublimowane kompozycje, kierując się nie tylko smakiem, lecz także kolorystyką i kształtem składników. Centralne miejsce zajmował świeżo przywieziony towar. Kuluarowe plotki okazały się być więcej niż uzasadnione; film w pełni to potwierdził. Nigdy jeszcze dania nie charakteryzowały się takim bogactwem kolorów i form; wyglądało to tak, jakby nie jedna, ale kilkadziesiąt planet zostało jednocześnie odkrytych i ogołoconych z zamieszkującej je fauny. Ale co było tym bardziej niezwykłe – cała ta różnorodność znikała, gdy tylko usuwano wierzchnie skorupki. Po obraniu ze skórki wyłaniała się wilgotna, różowa galaretka. Położona na plasterku ananaxa, skroplona odrobinką świeżej cyki i udekorowana paroma kulkami babsów wyglądała naprawdę smakowicie. Goście tłoczyli się wokół stołów i wyciągali ręce do półmisków, roznoszonych przez hostessy. Naav został z tyłu, usuwając kawałki szkła ze skaleczonej ręki i rozglądając się za serwetką. Zabrał ją przechodzącemu kelnerowi i przy okazji zaopatrzył się w nowy drink. W zupełności zadowalała go szklanka przeźroczystego płynu. Ale był drastycznie odosobniony. Od strony stołów dobiegało zbiorowe chrupanie, mlaskanie i pełne zachwytu pomruki.

  Nigdzie nie mógł dostrzec Guula. Zastanawiał się właśnie, czy nie wybrać się na spacer po dziedzińcu, gdy przez tłum przecisnęła się Saal. Wyglądała fantastycznie, jak zwykle zresztą. Dostrzegła go i z daleka rozpoznał, jak bardzo jest zaskoczona:

  – Ty tutaj! No, no... Nie spodziewałam się ciebie wśród tych bezmyślnych, wszystkożernych, niereformowalnych worków na śmieci...

  Naav nie mógł się nie uśmiechnąć. Saal za każdym razem go zadziwiała. Teraz też, cytując to, co powiedział podczas ostatniego bankietu, na który przyszedł. Być może nie było w tym nic dziwnego – jego wypowiedzi zapadały w pamięć – ale to było dobrych kilkadziesiąt bankietów temu.

  (Niezapomniany jubileuszowy bankiet – 50 tom „Podróży kulinarnych”, mała planeta w gwiazdozbiorze Łodzi. Guul, jego brat wyrodny, pijany jak na własnym pogrzebie. A przecież nikt, poza Naavem, nie miał do niego o nic pretensji. Przepiękne zdjęcia – wibrujące kolory wielkich sukulentów, układające się w coraz to inne, regularne wzory, na tle zielono-żółtego podłoża, były prawdziwą ozdobą ścian. Ale to, co na stołach, zostawiało wiele do życzenia. 50 tom to była największa – i bodaj jedyna – klapa kulinarna w całej długiej edycji serii. Guul jęczał, że to był koszmar. W tym się zgodzili. Ale ich definicje koszmaru były całkowicie odmienne. Sukulenty, które tam rosły, najpierw rozłożyły szeroko wielobarwne korony, pozwalając się filmować i fotografować, ale gdy tylko zakończyli zdjęcia do katalogu i rozpoczęli ścinkę, zaczęły chować się pod ziemię. Kurczyły się i składały jak lunety, zanurzając się coraz głębiej w podłoże. „Trzeba było kopać i wiercić, rozpruwać grunt laserami” – opowiadał Guul – „Kroiliśmy je w plastry, żeby którąkolwiek wyciągnąć na powierzchnię, a z nich robiła się ciapa. Pojemniki przygotowane, zdjęcia zrobione, a my nie możemy ich wydobyć! Więc zaczęliśmy tę ciapę wysysać do zbiorników, no i teraz są same puddingi...” „Z ciebie powinno się zrobić pudding, gówniarzu!” – Tak brzmiała, mniej więcej, ich ostatnia, braterska wymiana zdań).

  – A jednak przyszedłem. Chociaż w sumie masz rację: właśnie wychodziłem.

  Saal przyglądała mu się z konsternacją. Po chwili przeniosła wzrok na trzymaną w dłoniach miseczkę i zerknęła na niego niepewnie.

  – Nawet nie skosztujesz?

  – Nie żartuj.

  Obejrzała się za siebie. Zwarty mur pleców wokół stołów widocznie ją rozbawił, bo z uśmiechem pokręciła głową i westchnęła:

  – Jak zwykle w mniejszości. I to mi się właśnie w tobie podoba...

  Zabrzmiało jak prawdziwe przywitanie, to, na które czekał, ale właśnie wtedy dostrzegła ich Mool. Machając rękami (w dwóch pozostałych trzymała wypełnione po brzegi talerze), zaczęła z impetem przeciskać się w ich stronę.

  – Cześć, sokopiju! Urywasz się stąd, jak przypuszczam?

  Siedli na tarasie. Jedno z trzech słońc już zaszło, a dwa pozostałe dopiero zaczęły wschodzić, spowijając horyzont w opary fioletowych mgieł. Naav nigdy nie lubił tej krótkiej, najciemniejszej godziny wieczoru, ale dzisiaj półmrok mu nie przeszkadzał. Dobrze było tak siedzieć, czuć chłodną, chropowatą skórę Saal obok swojego ramienia i słuchać jednym uchem najnowszych plotek.

  Wychylił do dna szklaneczkę przeźroczystego płynu i rozejrzał się po stołach za kolejną butelką, ale Mool go uprzedziła, podając mu jedną z karafek, które próbował omijać wzrokiem. Ten płyn był w intensywnie czerwonym kolorze, podobnie jak obrusy na stołach, suknie hostess, fartuchy kelnerów i większość dekoracji na sali – specjalnie na cześć dań z nowo odkrytej planety. Naav wyciągnął korek, powąchał i – próbując nie robić zdegustowanej miny – nalał Saal i Mool po lampce. Trochę to trwało, bo płyn był gęsty i powoli spływał po ściankach naczynia. Sobie dolał zwykłego, bezbarwnego soku, który i tak rozbłysnął na chwilę głęboką czerwienią, gdy ceremonialnie stuknęli się szkłem.

  – No, brawo! Kolejna ogołocona z życia planeta! – powiedział tonem, jakim zwykle wznosi się toast. Mówił tak za każdym razem; był to jego znak rozpoznawczy i temat przewodni jego stałych felietonów na blogu dla ekologów i innych świrusów. Nikt nie brał sobie tego do serca. Saal i Mool westchnęły, pierwsza kręcąc głową, druga uprzejmie potakując. Czekały na ciąg dalszy. Znały go na pamięć. Przerabiali to nie raz, zanim na dobre rozeszły się ich drogi. Długie dyskusje o konieczności ochrony fauny i flory odległych planet były jak powrót do młodości.

  – Co będzie, jak już wszystko zbierzemy, zwieziemy i zjemy?

  – No co ty, Naav! Latamy coraz dalej, sam widzisz: nic i nic, a tu nagle, w jakiejś galaktyce zabitej dechami, taki wypas! – Mool zakołysała karafką czerwonego płynu – Najbardziej obfitująca w pokarm planeta ze wszystkich dotąd odkrytych! Na dodatek tam, gdzie się jej nikt nie spodziewał! Planet jest bez liku, nie bój się.

  – Nie boję się, że planet nie starczy – sprostował zmęczonym głosem, bo powtarzał to po raz nie wiadomo który – Ale że je niszczymy. Eksploatujemy wszechświat planeta po planecie, niszczymy rzeczy absolutnie unikatowe. Czy te ekosystemy kiedykolwiek się odbudują? Wątpię, widząc nasz apetyt...

  – Wszędzie, gdziekolwiek spojrzysz, większe zjada mniejsze. To właśnie jest naturalne, Naav. Tego nie zmienisz.

  – Naturalne? – spojrzał na talerz, który Saal trzymała na kolanach – To coś w czarno-białe paski? Czy te różowe na wagę? To nazywasz naturalne? Możemy pić płyny, które zapewniają nam wszystko, czego potrzebujemy. To nam w zupełności wystarczy. Zawsze żywiliśmy się tym, co mamy tutaj, zanim nie zaczęliśmy latać i zwozić na siłę to całe egzotyczne jedzenie...

  – Pyszne egzotyczne jedzenie, chciałeś powiedzieć. Jadłaś te małe różowe w skorupkach? – Saal odwróciła się do Mool – Słodkie, tylko mnóstwo ości.

  Podsunęła jej miseczkę, ale zanim Mool wyciągnęła rękę po ostatni z małych kawałeczków słodkiego mięska z mnóstwem ości, kawałek mięska zaczął się ruszać, a potem wydawać z siebie dziwne dźwięki.

 

* * *

 

  Katia za wszelką cenę chciała się obudzić. Najpierw śniło jej się, że jest nad morzem; gdy zamknie oczy, słyszy w głębi pod sobą bicie ogromnego serca. Potem przyśniły jej się ruchome schody do nieba. Schody zmieniły się w rury i wszyscy pozamarzali. Tamten sen się urwał i teraz znalazła się w następnym, najgorszym: leżała cała poobijana obok tułowia jakiegoś mężczyzny w garniturze, w czymś, co wyglądało jak niecka po meteorze albo ogromny, brudny talerz. Wszędzie wokół walały się resztki czegoś, co przypominało rozgniecione truskawki. Spróbowała usiąść, ale dostała zawrotów głowy. Bolało ją dosłownie wszystko.

  Talerz drgnął, tak że zsunęła się w bok kilka metrów po mokrym, śliskim podłożu. Krzyknęła ze strachu, próbując się czegoś złapać, ale jedyne, czego mogła się tutaj uczepić, przypominało kawałki zwłok. „Tylko nie to, tylko nie sen z rodzaju gore” – pomyślała, szukając w głowie jakiejś szczeliny, przez którą mogłaby dostrzec upragnioną rzeczywistość, lecz sen stał się jeszcze bardziej namacalny, gdy spojrzała na swoje posiniaczone ciało. Znowu próbowała wstać, ale udało jej się tylko uklęknąć, opierając ręce o ziemię. Zaczęła płakać, ale to nie wystarczyło – nie oddawało tego, co czuła. Odrzuciła głowę do tyłu i zaczęła krzyczeć.

  Coś pochyliło się nad niecką: wyglądało jak kilka bloków skalnych z półprzeźroczystej masy. Rozległy się pomruki, jakby gdzieś w ich głębi przesypywał się piasek. W stronę Katii wyciągnęła się ni to macka, ni to język, i zanim zdążyła pomyśleć o ucieczce, znajdowała się już w powietrzu, uniesiona przez… czymkolwiek to było – język? rękę? Więcej szmerów, pomruk, jakby gdzieś w głębi ruchomych skał zeszła lawina żwiru, i Katia poczuła, że znowu zsuwa się po gładkiej, pochyłej ściance na dno czegoś, co mogło być akwarium, a może ogromną szklanką. Podłoga była mokra, lepka jak cukier i bardzo zimna. Katia objęła kolana rękami, próbując się chociaż trochę ogrzać, i chyba dopiero wtedy w jej głowie zaczęła kiełkować przerażająca myśl, że to, co musiało być koszmarnym snem, wcale nim nie było.

 

* * *

 

  Prezes wydawnictwa Podróżnik, wydającego serię „Podróże kulinarne”, z ulgą patrzył, jak Naav, ze szklanką w dłoni, meandruje wśród gości w stronę wyjścia. Dyskretnie skinął na kelnera:

  – Idź i upewnij się, czy ten wariat już sobie poszedł. No ten, jak mu tam, brat Guula, ten ekolog, wiesz, który, ten planet-hugger? I popytaj, co on tam niósł w tej szklance.

  – Myśli pan, że coś mu smakowało?

  – Mam nadzieję! Oby! Bo jak znowu o nas napisze to, co zwykle, to może być ciężko z funduszami na kolejną ekspedycję…

 

* * *

 

  Prezes wydawnictwa Podróżnik, na konferencji prasowej następnego dnia:

  – Tak, ja również byłem świadkiem tej sceny: znany ekologiczny aktywista i bloger, Naav, niespodziewanie zjawił się wczoraj na naszym bankiecie. Wprawdzie opuścił nas dosyć prędko, ale równie prędko wrócił i, nie zważając na błyski fleszy, grzebał w miskach z resztkami potraw, po czym wyszedł, zabierając ze sobą kilka smacznych kąsków.

  – A bójka z waszym fotografikiem, panem Guulem?

  – Takie tam nieporozumienie rodzinne! – machnął ręką prezes. – Ewidentnie bracia potłukli się o zawartość talerza! Nie ma co się śmiać, proszę państwa! Czy ktoś może się oprzeć smakom błękitnej planety?

 

* * *

 

  Katia nie jest już sama. To Coś przyniosło jeszcze w serwetce Patricka i Marię Luisę. Patrick ma połamane nogi i być może jakieś obrażenia wewnętrzne; cały czas gorączkuje. Chyba jest Amerykaninem, ale trudno nawiązać z nim kontakt – nie wiadomo, czy w ogóle się z tego wyliże. Maria Luisa jest w jednym kawałku, tylko bardzo potłuczona i przerażona do utraty zmysłów. Jest Meksykanką. Katia zna tylko kilka zwrotów po hiszpańsku, ale to nieistotne, gdy siedzą przytulone i szlochają. Do takich rozmów, jak te, wystarcza połamany język, sklecony z łamanego hiszpańskiego i łamanego angielskiego. Maria Luisa ciągle płacze za swoimi dziećmi. Nie rozumie, jak Matka Boska z Gwadelupy mogła na to pozwolić. Katia nie ma dzieci. Dziękuje wszystkim siłom wyższym, włącznie z Matką Boską z Gwadelupy, ktokolwiek to jest, że nie myślała o założeniu rodziny. Chciała się przedtem wybawić, zobaczyć trochę świata, wszystkiego skosztować. Siedzą i płaczą – jedna za swoimi dziećmi, druga za swoją przeszłością, chociaż w sumie najbardziej jej szkoda przyszłości. Przeszłość, przyszłość, obie diabli wzięli... To Coś, co je tu trzyma, przynosi im pojemniki z płynami, które smakują jak woda z cukrem, przygląda im się przez długą chwilę przez szybę, a potem gasi światło i odchodzi. Nad terrarium zapada noc.

 

* * *

 

  Mieszkamy w naszym własnym terrarium. Na szybie mamy naklejone zdjęcie Ziemi. Jest okrągła. Mama mi powiedziała, że naprawdę była taka wielka, że dla ludzi wcale nie była okrągła, ale ja tam za bardzo w to nie wierzę. Mała piłka, duża piłka, co za różnica? Nawet największa piłka nie staje się płaska, prawda? Nie rozumiem, jak mogliśmy chodzić po czymś takim. Tu jest nam dobrze. Mamy czysty żwirek, patyki, koce i basenik z wodą. Nauczyliśmy się nawet ich języka. Nie żeby mówić, ale wystarczająco, by zrozumieć, co mówią goście, gdy patrzą na nas przez szybę: „Pyszności! Naprawdę ich nie hodujesz na sprzedaż? A wiesz, za ile by poszły takie sztuki na czarnym rynku? Nie próbowałeś ich? Ty to nie wiesz, co dobre!”. W takich chwilach mama wciąga mnie w najdalszy kąt terrarium i nakrywa nam głowy kocem. Siedzimy cichutko i czekamy, aż odejdą, i słyszymy, jak wyzywają go, żartobliwie, od dziwaków. Mama mówi, że tak samo nazywano by na Ziemi kogoś, kto hoduje zwierzęta i nie przerabia ich na kiełbasę. Ja jestem jeszcze mała, ale wiem, że będziemy żyć tak długo, jak on. Po jego śmierci inni na pewno nas schrupią. Dlatego mama wciska mi w rękę węgielek albo patyk i nalega, żebym rysowała. Jemu chyba podobają się moje rysunki. Długo im się przygląda i pokazuje gościom. Mama mówi, że jeśli będę dużo i ładnie rysować, to może ktoś się nami wreszcie zainteresuje i może przeżyjemy. Ale tata, kiedy jeszcze kłócili się z mamą – to znaczy, zanim on przeniósł tatę do osobnego terrarium – ciągle narzekał, że dla nich liczy się tylko to, jak smakujesz. Nie chcą słuchać naszego języka, nie chcą badać naszej kultury (nie wiem co to takiego... To jedna z tych rzeczy, które zostały na okrągłej planecie), chcą tylko jeść: „Jak świnie!” (Potem spytałam mamy szeptem, co to są świnie – to jedna z tych rzeczy, które zostały na okrągłej planecie – ale mama mi powiedziała, że to my hodowaliśmy i zjadaliśmy świnie, a nie one nas. Nie rozumiem, dlaczego tata mówi, że oni są jak świnie?). Na to mama zaczęła krzyczeć, że on chce się tylko pieprzyć i produkować dla nich coraz więcej świeżego jedzenia. Na to tata popchnął mamę, aż upadła, a wtedy pan Naav wziął tatę macką, wsadził do pudełka z pokrywką z dziurkami i przeniósł do osobnego terrarium. Mama płakała całą noc. Myślę, że jak przyjdą goście, to pozwoli im go zjeść. Dobrze mu tak.

  Teraz mamy całe terrarium dla siebie i mogę się bawić w którym rogu chcę.

 



Na papierze:

„Dziewczynka z lizakami” (Grażka Lange, Warszawa, Tako, Warszawa 2015), „Pani od fizyki” (Korespondencja z ojcem 20/2011), „Bajka o entropii” (Korespondencja z ojcem 15/2009), „Samoloty” (Korespondencja z ojcem 12/2008), „Misja”, „Reinkarnacja”, „Mały Stwórca” (Korespondencja z ojcem 11/2008), „Generał” (Pomosty 9, 2004)

Podróże kulinarne