W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Zamknij
PL EN

Bajka o entropii

    Pełnia księżyca trwała już nieprzerwanie od dwunastu miesięcy. Co noc na jasnym niebie lśnił idealnie okrągły dysk, odbierając spokój żabom, poetom, słowikom i astrofizykom, a co gorsza oceanom, które biegały od jednej półkuli do drugiej, histerycznie rozbryzgując sól.
    Fauna i flora największych rzek świata przemieszały się jak tłum w porcie, do którego zawinęły naraz wszystkie istniejące statki.
    Łódeczki z papieru unosiły w dal zdezaktualizowane informacje z podręczników do fizyki, biologii i geografii.
    Pozamykano szkoły. Na boiskach wygrzewały się legwany, a poza tym zegarki uschły, gdy stanął czas.
    Najpierw szły przed siebie coraz wolniej i wolniej, jakby zapomniały, gdzie idą i po co; w końcu się zatrzymały. Przed malutkimi dziuplami zegarmistrzów uwiły się gigantyczne kolejki. Najpierw po to, żeby oddać zegarek do naprawy, a potem, by zobaczyć na własne oczy pantomimę pt. „Śmierć zegarka”. Bo gdy tylko zegarmistrz zdejmował szkiełko, zegarek na chwilę budził się do życia. Unosił wskazówki, powoli, niepewnie, jak ślimak, gdy nie wierzy własnym oczom. Macał nimi przez chwilę na wszystkie strony, po czym wpadał w niemą histerię; wskazówki splątywały się jak cienkie czarne nitki, zwijały jak sprężynki, naprężały jak struny. W końcu więdły, opadały na cyferblat i nieruchomiały w ostatnim przypadkowym położeniu: na minucie po dwunastej, na wpół do ósmej, na pierwszej siedem… Każdy inaczej.
    Nasze życie wygląda inaczej. Najczęściej śpimy na dachach. Jest ciepło nawet zimą. Najbardziej brakuje mi wiatru. Powietrze stoi w miejscu jak czas. Gdy rozpalamy ogniska, żeby odstraszyć wielkie czerwone mrówki, wygnane z lasów podzwrotnikowych i zmartwione tym tak samo jak my, dym płynie w górę prosto jak po sznurku: wygląda jak czarna, osmolona lina zrzucona z nieba z kotwicą ogniska na końcu. Kiedy zbliżają się mrówki, znosimy łóżka na parking i śpimy otoczeni kręgiem ognisk. Słyszymy, jak biegną zwartą kolumną przez środek osiedla, zostawiając na swoim szlaku puste sklepy spożywcze, ogryzione drzewa i stratowane tramwaje.
    Rybitwy wypełniają niebo. To znak, że zbliża się przypływ.
    Wspinamy się na dachy wieżowców i patrzymy na ocean, który przepływa w dole, wzburzony i zmieszany. Rdzewiejące samochody kołyszą się jak wielkie, kolorowe boje, ale powoli znikają pod wodą, a po nich drabinki, kioski, lampy uliczne i drzewa. Stada ptaków krążą nad głową, krzycząc coś we wszystkich językach świata. Co jakiś czas wodę rozcina czarno-biały grzbiet orki.
    Lubię nocować na dachu. Lubię, jak jest przypływ.
    Wiem, że jutro będę się potykać o gnijące wodorosty i odgarniać piach spod drzwi, i wysypywać małże z szuflad, jak zwykle.
    Ale przecież od tego jest świat.



Na papierze:

„Dziewczynka z lizakami” (Grażka Lange, Warszawa, Tako, Warszawa 2015), „Pani od fizyki” (Korespondencja z ojcem 20/2011), „Bajka o entropii” (Korespondencja z ojcem 15/2009), „Samoloty” (Korespondencja z ojcem 12/2008), „Misja”, „Reinkarnacja”, „Mały Stwórca” (Korespondencja z ojcem 11/2008), „Generał” (Pomosty 9, 2004)

Bajka o entropii