W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do Państwa indywidualnych potrzeb i preferencji. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących przechowywania i uzyskiwania dostępu do cookies przy pomocy ustawień przeglądarki lub urządzenia końcowego, z których Państwo korzystacie. Więcej szczegółów w naszej Polityce Prywatności.
Zamknij
PL EN

Pani od fizyki

    Moment zapalania światła jest dla Łucji zawsze czymś niezwykłym.
    Z reguły nikt nie zwraca uwagi na zapalenie światła. Sam gest jest tak mechaniczny i nieznaczący w swej oczywistości jak zdjęcie płaszcza czy rozczesanie palcami włosów, uwolnionych spod czapki. Światło zapala się po coś – żeby zobaczyć, gdzie odłożyć klucze lub odwiesić torebkę. Łucja tak nie umie. Z przyczyn niemożliwych do rozwikłania, zapalanie światła jest czymś, co od dziecka robi jak dziecko.
    Być może dlatego, że ten moment budzi w niej takie emocje, Łucja zawsze go odwleka. Zamyka drzwi i stoi przez chwilę w ciepłym półmroku swojej kawalerki. Zsuwa z ramienia torbę i zostawia ją na podłodze. Pokój jest za mały, żeby mieć przedpokój: wchodzi się bezpośrednio z korytarza.
    Światło już tu jest. Odsłonięte okna obramowują panoramę centrum z ciemnymi prostopadłościanami biurowców i hoteli. Wśród nich lśni stary pałac – betonowa rakieta rokoko.
    Moment zapalenia światła w kawalerce Łucji wywołuje u każdego, nie tylko u niej, dziecięce reakcje. Nad głową rozżarza się Droga Mleczna, smuga gwiazd wśród skłębionych mgławic niezliczonych światełek, sięgających w najdalsze zakątki pokoju. To instalacja, utkana z białych lampek choinkowych, rozwieszona na ciemnej powierzchni sufitu.
    Łucja sięga po torbę i wyciąga pomiętą papierową torebkę, ciężką od lizaków. Kupiła je w prezencie dla swoich podopiecznych z kółka astronomicznego, żeby rozdać je pod koniec zajęć z życzeniami Wesołych Świąt, ale większość dzieci pokręciła odmownie głową: „Mi nie wolno jeść takich słodyczy, bo mama mi nie pozwala”. Gdy Łucja była mała, przepadała za lizakami. Do tej pory pamięta ich smak i kruchość słodkiego szronu. Ale nie jest dziś w nastroju. Wyjmuje jeden, przez chwilę okręca go w palcach, a potem unosi do góry i patrzy na niego pod światło. Czerwień rozbłyskuje jak supernowa.
    Łucja rozkłada metalową drabinkę i rozmieszcza lizaki wśród galaktyk, wsuwając drewniane patyczki w pętelki utworzone przez poskręcane kable. Obchodzi w ten sposób cały pokój. Gdy schodzi na ziemię, na migoczącej, rozkołysanej od dotyku mapie gwiazdozbiorów rozkwitają czerwone słońca. Łucja rozgląda się po ścianach, po których przebiegają odblaskowe zajączki, czerwone krwinki, a potem zadziera głowę i mruży oczy. Lizaki stają się punktami na mapie. Mogłaby tam mieszkać. W każdym z tych miejsc, pod każdym z tych adresów. Może nawet miałaby swoje dwa okna z widokiem na porzuconą rakietę, zupełnie tak jak tu.



Na papierze:

„Dziewczynka z lizakami” (Grażka Lange, Warszawa, Tako, Warszawa 2015), „Pani od fizyki” (Korespondencja z ojcem 20/2011), „Bajka o entropii” (Korespondencja z ojcem 15/2009), „Samoloty” (Korespondencja z ojcem 12/2008), „Misja”, „Reinkarnacja”, „Mały Stwórca” (Korespondencja z ojcem 11/2008), „Generał” (Pomosty 9, 2004)

Pani od fizyki